Święta Weronika Giuliani – Ukryte Stygmaty i Wielka Mistyczka Kościoła
-
Wspomnienie: 09 lipca
-
Patronka: Ofiar cierpienia, osób przeżywających kryzysy i ciemności duchowe, mistyków, nowicjuszek zakonnych oraz diecezji Città di Castello we Włoszech.
- Atrybuty: Stygmaty na dłoniach, stopach i boku, korona cierniowa (często na głowie lub w dłoni), serce z wyrytymi narzędziami Męki Pańskiej, krzyż trzymany w objęciach, gęsie pióro i gruby dziennik.
- Kanonizacja: 26 maja 1839 roku w Rzymie – uroczystego ogłoszenia dokonał papież Grzegorz XVI.
Droga na wyżyny mistyki: Jak mała Urszula stała się jedną z największych stygmatyczek w historii
Święta Weronika Giuliani to postać, której życie wymyka się czysto racjonalnym ocenom. Stała się ona jedną z najbardziej fascynujących i jednocześnie najbardziej badanych przez naukę oraz Kościół kobiet w historii chrześcijaństwa. Jej codzienność była przepełniona nadprzyrodzonymi wizjami, ale przede wszystkim bezgranicznym oddaniem za zbawienie innych ludzi.
Przyszła na świat w 1660 roku w małym włoskim miasteczku Mercatello jako Urszula Giuliani. Od najwczesniejszych lat jej zachowanie odbiegało od rówieśników. Choć była dzieckiem niezwykle żywym i energicznym, to już jako kilkulatka rozmawiała z Jezusem i Maryją z taką naturalnością, jakby byli jej domownikami. Kiedy analizujemy życiorys świętej Weroniki (w zakonie przyjęła imię Weronika, na pamiątkę tej, która otarła twarz Chrystusowi), widać wyraźnie, że jej powołanie rodziło się w bólach. Jej zamożny ojciec miał wobec niej zupełnie inne plany – pragnął wydać ją bogato za mąż i zapewnić jej luksusowe życie na salonach. Urszula jednak stanowczo odrzuciła wszystkie propozycje zalotników. Mając zaledwie 17 lat, po długich walkach z rodziną, przekroczyła próg surowego klasztoru mniszek kapucynek w Città di Castello, gdzie spędziła kolejnych 50 lat swojego życia.
W klasztornych murach ta młoda dziewczyna szybko stała się kimś wyjątkowym. Weronika nie szukała jednak rozgłosu. Pragnęła ukrycia i prostej pracy, ale Bóg miał wobec niej inny plan. W Wielki Piątek 1697 roku na jej ciele pojawiły się stygmaty – krwawe, bolesne rany na dłoniach, stopach i w boku, dokładnie w tych samych miejscach, które zostały przebite u ukrzyżowanego Chrystusa. Od tamtego momentu ta skromna zakonnica stała się znana jako niezwykła mistyczka i stygmatyczka. Pojawienie się ran zapoczątkowało jednak dla niej potężne, trwające całe lata duchowe cierpienie. Zamiast zachwytu, Weronika spotkała się z ogromną nieufnością ze strony władz kościelnych. Święte Oficjum (Inkwizycja) poddało ją niezwykle surowym testom, podejrzewając oszustwo lub chorobę psychiczną. Została odsunięta od wspólnoty, zamknięta w izolatce, a jej rany bandażowano i pieczętowano, by sprawdzić, czy sama ich nie okalecza. Weronika zniosła to upokorzenie z absolutnym spokojem i genialną pokorą, co ostatecznie przekonało jej przełożonych o autentyczności cudów.
Z polecenia swojego spowiednika, pod groźbą grzechu ciężkiego, Weronika zaczęła spisywać swoje przeżycia duchowe. Tak powstał monstrualny, liczący ponad 22 tysiące stron „Dziennik”, który do dziś uważany jest za jedno z arcydzieł literatury mistycznej. Opisywała w nim swoje mistyczne zaręczyny z Chrystusem, wizje nieba, czyśćca oraz piekła, a także stany całkowitego opuszczenia, w których ofiarowywała siebie za nawrócenie grzeszników. Pod koniec życia siostry, które wcześniej tak bardzo w nią wątpiły, wybrały ją na przełożoną klasztoru. Funkcję tę sprawowała z wielką mądrością i praktycznym zmysłem (m.in. rozbudowała klasztor i wybudowała sprawny system wodociągów). Zmarła 9 lipca 1727 roku po bolesnej, trzydniowej agonii, którą sama wcześniej precyzyjnie przepowiedziała.
Kiedy przyglądamy się sztuce sakralnej, atrybuty świętej idealnie podsumowują jej ziemską misję. Zawsze przedstawia się ją z widocznymi ranami i narzędziami Męki Pańskiej, co wskazuje na jej mistyczne zjednoczenie z cierpiącym Jezusem. Święta Weronika Giuliani zostawiła światu potężne przesłanie o tym, że żadne cierpienie – ani fizyczne, ani psychiczne – nie jest bezwartościowe, jeśli przeżywa się je z miłością i zaufaniem do Boga.

